Czy sztuki i sporty walki wzmagają w dzieciach agresję?

Czy sztuki i sporty walki wzmagają w dzieciach agresję? Tak postawione pytanie pojawia się od czasu do czasu w dyskusjach o sportach walki kiedy rodzice zastanawiają się nad tym, na jakie zajęcia pozalekcyjne wysłać dzieci. Czasami zdarzają się kategoryczne deklaracje, że tak właśnie jest, choć poziom argumentacji pozostawia wiele do życzenia. Pozwalam sobie więc nieco temat zgłębić jako że zajmuję się tą tematyką z obu stron, tzn jestem zarówno przedstawicielem środowiska sportów walki, jak i szkoleniowcem z dziedziny przeciwdziałania agresji. Tym samym mam – jak sądzę – trochę wiedzy praktycznej z dziedziny sztuk i sportów walki, ale także posiadam trochę wiedzy w zakresie kryminologii m.in. z obszaru czynów i zachowań agresywnych. Nie odpowiem jednak jednoznacznie na zadane pytanie, gdyż moja odpowiedź nie byłaby obiektywna. Przytoczę jednak kilka faktów i wniosków płynących z mojego doświadczenia.




Obserwacje

Sztukami i sportami walki tak na poważnie zajmuję się od 17. roku życia (a interesować się nimi zacząłem znacznie wcześniej). Nie przyznam się publicznie, ile lat mam teraz, ale dodam tylko, że moja historia z tą dziedziną zajmuje ponad połowę mojego dotychczasowego życia. Czy to dużo, czy mało, to już mniej istotne. Ważne jest jednak, że przez te wszystkie lata miałem okazję obserwować mnóstwo dzieci, jak zaczynały przygodę ze sportami walki, jak się w tych dziedzinach rozwijały i jak zmieniał się ich charakter przez ten czas.

Jak trafiłem na pierwszy trening i jak na kolejne

Moja przygoda z karate zaczęła się zupełnie inaczej, aniżeli w przypadku większości dzieci i nastolatków, które zaczynają ćwiczyć. Ja na długo wcześniej wiedziałem, co chcę robić, miałem zainteresowania konkretnie ukierunkowane właśnie na karate, ale wcześniej nie miałem możliwości uczęszczać na takie zajęcia, bo pomijając sprawy finansowe, takich zajęć w pobliżu mojego miejsca zamieszkania po prostu nie było. Aż się w końcu znalazły 7 km od miejsca mojego ówczesnego zamieszkania i ktoś mi pomógł zarówno finansowo, jak i logistycznie zacząć się w to „bawić”. Była to mała, niedofinansowana sekcja wielkiego klubu, w małym miasteczku.  Spotkałem się tam z super instruktorami, poznając w praktyce, jak wygląda trening sztuki walki w warunkach, które pozostawiają wiele do życzenia. Gdyby nie moja już wcześniej ukształtowana fascynacja sztukami walki i kulturą japońską, a także gdyby nie wspaniała atmosfera zbudowana przez super trenerów, pewnie bym szybko zrezygnował, jak większość nastolatków zawiedzionych niezbyt wygodnymi warunkami zajęć. Ale ja nie zrezygnowałem. A widząc swoje postępy w ćwiczeniach, wciągałem się w to coraz bardziej i z coraz większą determinacją. Do dziś mam w głowie obraz, jak mając właśnie te 17 lat, szedłem na trening 7 km w śnieżycę, po zaspach wyższych ode mnie po nieoświetlonej drodze, którą ledwo było widać i którą tego wieczoru nic nie miało szansy przejechać, żeby wziąć mnie na stopa. A jednak ani przez chwilę nie przyszło mi na myśl, żeby zawrócić i odpuścić ten trening. Kiedy wracałem zmęczony po treningu, warunki były jeszcze gorsze. Śniegu było jeszcze więcej, ja byłem zmęczony po treningu i szedłem pod wiatr. Drogi nie widziałem już w ogóle, ale wiedziałem, gdzie jest mój dom i od czasu do czasu widywałem światła mijanych po drodze domów. Po co opisuję szczegółowo drogę, którą przebyłem na jeden z tysięcy treningów i drogę z powrotem do domu? Bo ma to istotne znaczenie dla poruszanego w niniejszym artykule zagadnienia, chociaż – nie ukrywam – teraz trochę chce mi się z siebie śmiać jak sobie o tym myślę.

Jak zazwyczaj dzieci trafiają na pierwszy trening?

Teraz są już zupełnie inne czasy. I nie mam na myśli tego, że już nie ma tyle śniegu. Teraz są znacznie większe możliwości. Teraz większość rodziców stać jest na to, aby wysłać swoje dzieci na zajęcia pozaszkolne, a tych jest coraz więcej i każdy tak na prawdę może coś dla swojego dziecka znaleźć. Ale mają oni zupełnie inny problem, który w czasach mojego dzieciństwa raczej był marginalny. Mianowicie ciężko jest dzieci oderwać od komputera, zainteresować czymś twórczym i zmotywować do sportu. Teraz w większości przypadków to rodzicom bardziej zależy na tym, aby ich pociechy uprawiały sport i aby ukierunkować je na coś interesującego. I tak próbują z kolejnymi zajęciami, a dziecko kręci nosem i traci jakąkolwiek motywację kiedy pojawiają się pierwsze trudności. Przez te wszystkie lata swoich treningów, w których brałem udział a także które osobiście prowadzę, miałem okazję zaobserwować kilka typów, na które mogę podzielić dzieci przychodzące na treningi.




Dziecko szukaczy

Kim jest szukacz w moim opisie? Szukacz to rodzic, który szuka dla swojego dziecka miejsca w świecie, usiłuje je czymkolwiek zainteresować i tak naprawdę wszystko mu jedno, czym. Aby tylko dziecko miało jakieś zainteresowanie i zajęcie, aby nie wpadło w złe towarzystwo, aby nie zajmowało się cały czas grami komputerowymi. Z jednej strony podziwiam takich rodziców, bo dają dziecku szerokie możliwości samodzielnego wybory zajęć. Z drugiej jednak strony w wielu przypadkach jeśli rodzicom nie zależy na czymś konkretnym i tylko pokazują dziecku wachlarz możliwości, z których dziecko samodzielnie ma coś dla siebie wybrać, to dziecku tym bardziej zależeć nie będzie. I tutaj po pojawieniu się pierwszych trudności dziecko się zniechęca, a rodzic szuka dalej. A trudności pojawiają się bardzo szybko. A to pojawiła się pierwsza kontuzja, a to trener po zaaklimatyzowaniu dziecka w grupie zaczął czegoś wymagać, a to inne dziecko z grupy dokucza, a trener tego nie zauważył i nie ukarał zgodnie z oczekiwaniem. To są przyziemne sprawy i ZAWSZE coś takiego się pojawi. Jeśli dziecko nie ma motywacji wewnętrznej (własnej) lub zewnętrznej (rodziców), to jego kariera sportowa skończy się bardzo szybko.

Dziecko z problemami emocjonalnymi

Zdarza się nierzadko, że rodzice zapisują dziecko na zajęcia sportu walki dlatego, że nie potrafi ono panować nad swoimi emocjami, jest agresywne wobec innych osób i rodzice liczą na to, że na treningach zostanie „utemperowane”. No i jest w tym dużo racji. Rzeczywiście ćwiczenia fizyczne uczą pokory, samodyscypliny, cierpliwości i kontrolowania własnych emocji. Jest to szczególnie wyraźne w sparingach, kiedy chciałoby się zaszarżować, ale kondycja nie pozwala, sił nie wystarcza, a umiejętności okazują się faktycznie niewystarczające kiedy trzeba się trzymać pewnych zasad. Takie dziecko szybko zaczyna zdawać sobie sprawę z własnych słabości, niedoskonałości i potrzeby pracy nad sobą, a w konsekwencji pozbywa się potrzeby udowadniania sobie i komuś swojej wyższości. Należy jednak pamiętać, że takie dziecko przychodząc na treningi już od początku ma problemy i one same nie znikną. Dużą rolę w tym odgrywa trener, ale jeszcze większą rodzice.

Dziecko z doświadczeniem

Mam tu na myśli dziecko, które doświadczyło agresji. Takie dziecko jest wystraszone, zamknięte w sobie i ma zaburzone poczucie własnej wartości. Takie dziecko rodzice przyprowadzają na trening, żeby nabrało pewności siebie, asertywności oraz umiejętności zarówno psychicznych, jak i fizycznych przeciwstawienia się agresji. Niektórzy mylą to z odpowiadaniem agresją na agresję. To jest duży błąd logiczny. Jeśli np dziecko przez pół godziny ćwiczy kopnięcia na głowę, to nie robi tego po to, aby nauczyć się kopać kogoś po głowie przez pół godziny. Robi to po to, aby w sytuacji zagrożenia, przy ekstremalnym zmęczeniu i w skrajnie niekomfortowych warunkach umieć kopnąć raz aby napastnik stracił pewność siebie i swojej przewagi (to akurat jest analogia do samoobrony, a nie typowo do sportów walki, które jednak w każdym przypadku wywodzą się ze sztuk samoobrony). Warto też wskazać, że każda walka sportowa zaczyna się i kończy okazaniem szacunku dla przeciwnika czy to poprzez ukłon (we wschodnich sztukach walki), czy poprzez podanie rękawic (w zachodnich dyscyplinach sportów walki). Nie widać tego co prawda na konferencjach przed galami MMA, w których – jak sądzę – dla zwiększenia oglądalności zawodnicy najeżdżają na siebie jak koguty, ale to nie jest wyuczone w sportach walki, tylko prawdopodobnie wynika z innych przyczyn.

Dziecko kontynuujące pasję rodzica

Zdarza się też tak, że rodzic w przeszłości lub obecnie trenował i interesował się sportem walki, ma w tym jakieś osiągnięcia i chce, aby dziecko poszło tą samą drogą.  Taki rodzic zaraża dziecko swoją pasją i daje mu osobisty przykład, autorytet. Teoretycznie może się zdarzyć, że dziecko mimo wszystko nie chce iść tą drogą, a „zmuszane” przez rodzica nabiera do tego awersji. Przyznam się jednak, że jeszcze się z takim przypadkiem nie spotkałem. Spotykałem się natomiast z przypadkami, że dziecko nie dopuszcza do siebie myśli, że rodzic może od niego wymagać czegoś tylko dlatego, że sam to lubi. To jednak jest spowodowane wyłącznie naturalną postawą buntu dziecka nie tyle przeciwko pasji rodzica, co przeciwko rodzicowi. Jeśli rodzic sam od siebie czegoś wymaga, to może i powinien wymagać też od dziecka, a dziecko to z czasem doceni i będzie kontynuować pasję. W rzeczywistości takie dzieci najbardziej wciągają się w sporty walki i mają w nich duże osiągnięcia.




Wysłać dziecko na zajęcia sportu walki, czy nie wysłać?

Nie mam cienia wątpliwości, że każdy rodzic (pomijam patologię, którą się teraz nie zajmuję) kocha swoje dziecko i chce dla niego jak najlepiej. I bardzo słusznie, że ostrożnie podchodzi do zagadnienia, które budzi wątpliwości, czy jest to dla dziecka dobre. Myślę jednak, że jeśli wątpliwości dotyczą tego, czy na treningach sportów walki dziecko nie nauczy się odpowiadać agresją na agresję, to warto zwrócić uwagę na jedną rzecz. Dziecko praktykujące sport walki uczy się swoich słabości, sposobów ich pokonywania, radzenia sobie z nimi. Uczy się pokory i tego, że w walce – jak w życiu – za popełnione błędy się płaci. Uczy się tego, że w walce obowiązują zasady, a po zakończeniu walki niezależnie od jej wyniku należy okazać szacunek przeciwnikowi. Uczy się tego, że to nie śnieżyca, ból, zmęczenie uniemożliwiają osiągnięcie założonego celu, tylko strach przed nimi. Uczy się tego, że jak je podczas walki nerwy poniosą i straci spokój, to przeciwnik wykorzysta wszystko, co w sposób niekontrolowany odsłoniło. Ale uczy się też kopania na głowę, rzucania przeciwnikiem i dążenia do wygrania pojedynku. Od wielu czynników zależy, jak zdobyte umiejętności wykorzysta. Ogromną rolę w tej nauce odgrywa postawa trenera, ale jeszcze większą odgrywa postawa rodziców. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie jest proste. A najtrudniejsze jest kiedy między rodzicami nie ma zgody.

Praktyka

Nie jest chyba tajemnicą, że po tym, jak człowiek zachowuje się i porusza się w walce, potrafię zwykle rozpoznać, czy ma on jakieś istotne doświadczenie w sportach walki. Z reguły nawet mogę określić jaki to sport. Z racji swoich zainteresowań i wykonywanego zawodu szkoleniowca m.in. mundurowych przeanalizowałem nagrania z tysięcy udokumentowanych bójek i napaści, jakie dostępne są w internecie. I nie wiem, czy chociaż 1% sprawców napaści, które widziałem w internecie, czy też w swojej praktyce zawodowej, to osoby, które swoją pracą wyćwiczyły umiejętności walki i coś w niej reprezentują. Zawsze jednak są to osoby, które mają przewagę (a przynajmniej tak im się wydaje) nad ofiarą. Czy to przewagę fizyczną, czy liczebną, czy też posiadają niebezpieczne narzędzie. Tego na treningach sportów walki z pewnością się nie nauczyli.

 

I jeszcze na koniec odniosę się do sentencji przytoczonej w obrazku na górze artykułu, przyświecającej każdemu karatece. Oczywiście znów nawiązuję do szczególnie bliskiego mojemu sercu karate, ale tak naprawdę dotyczy to każdego fightera. „KARATE NI SENTE NASHI”. Tłumaczy się to +/- tak – „karate nie jest sztuką agresji” lub „karate nie atakuje pierwsze”.




Dodaj komentarz